Start · Książki
Książki · thrillery psychologiczne

Diagnoza zamieniona w napięcie

Czytałem ludzkie umysły zawodowo, zanim zacząłem je opisywać. W moich powieściach trauma nie jest tłem - jest mechanizmem. Zagrożenie nie czai się za drzwiami, tylko we własnej pamięci.

Trwa przedsprzedaż: Przygody pogranicznika, wydanie papierowe z numerem i podpisem, e-book od razu, 44,99 zł z wysyłką. Zebrano 1 z 50, do końca 17 dni. Zobacz zbiórkę → Trwa przedsprzedaż: Przygody pogranicznika. Tom 2: Znikająca granica, wydanie papierowe z numerem i podpisem, 44,99 zł z wysyłką. Zebrano 0 z 50, do końca 17 dni. Zobacz zbiórkę →
Powieści

Thrillery psychologiczne

Za ciszą - Opowieści spoza snu, Marek Porycki
Tył okładki → Za ciszą - tył okładki, Marek Porycki
Thriller psychologiczny

Za ciszą

Najwięcej kryje się w tym, co przemilczane. Kiedy prawda zbyt długo zostaje w ciszy, zaczyna mówić sama - i nie wybiera, komu. Rzecz o tym, jak milczenie staje się bronią, alibi i wyrokiem jednocześnie.

Powieść · język polski · pliki bez DRM
Przeczytaj fragment →

PROLOG

Michał Kowalski wrócił z pogrzebu o czwartej po południu. Mieszkanie na Pradze wyglądało dokładnie tak samo jak rano kubek Ani na komodzie, jej sweter na oparciu krzesła, nieumyte naczynie z ostatnim śniadaniem, które jedli razem. Wszystko na swoim miejscu, jakby ona zaraz miała wejść z łazienki, narzekając na spóźnienie do pracy.

Kubek był biały, z napisem „World’s Okayest Girlfriend” i małą plamą od kawy na brzegu ta, która kiedyś go irytowała. „Nie możesz go umyć po prostu?” pytał wtedy, a ona odpowiadała: „Lubię pamiętać, co piłam.” Zostawiała też długopisy bez nakrętek w szufladach, książki z zagiętymi rogami na wszystkich powierzchniach, magnesy na lodówce porozstawiane chaotycznie, nie według jego systemu. Małe rzeczy, które robiła po swojemu, mimo jego próśb. Teraz pocierał policzek lewą ręką tik, który pojawił się po wypadku.

Teraz ta plama na kubku była jedyną rzeczą, która sprawiała, że ten przedmiot był jej, a nie tylko pustym naczyniem.

Usiadł w fotelu przy oknie i patrzył na ulicę Zamoyskiego. Mieszkanie przy Zamoyskiego 127/34 kawalerka 28 metrów kwadratowych z oknem na dziedziniec było ich pierwszym wspólnym domem. Ludzie wracali z pracy, parkowali samochody, rozmawiali przez telefony. Życie toczyło się normalnie, podczas gdy jego świat skończył się osiemnaście godzin temu na autostradzie A4, w smaku krwi i dźwięku miażdżonego metalu. Blizna na prawym przedramieniu swędziała mu teraz, gdy stres narastał.

„Może się prześpię na parkingu?” ostatnie słowa Ani brzmiały mu w uszach jak łamana płyta. Powiedziała to dwadzieścia minut przed wypadkiem, widząc jak drżą mu powieki, jak zaciska szczękę, żeby się nie zadrzemać. Prowadził wtedy, mimo zmęczenia, mimo jej prośby o zatrzymanie się. „Nie, dojadę. Jestem okay.” Było w tym coś z jego potrzeby bycia silnym, zawsze silnym, nawet gdy siły już dawno mu się skończyły. Ania znała ten jego upór czasem mówiła, że to jedna z rzeczy, które w nim kocha i które ją czasem przerażają. Miała wtedy swój sposób na mówienie trudnych rzeczy nie patrzyła mu w oczy, bawiła się włosami i dodawała na końcu „ale może się mylę”, żeby złagodzić wydźwięk.

Jak bardzo się mylił, sądząc że dojedzie.

Próbował płakać, ale łzy nie przychodziły. Próbował krzyczeć, ale gardło miał ściśnięte. Siedział tylko i patrzył na kubek z napisem „World’s Okayest Girlfriend” prezent z okazji drugiej rocznicy. Ania śmiała się, że to najlepsza ocena, na jaką może liczyć, ale w jej oczach było coś więcej. Jakby rzeczywiście czasem wątpiła, czy jest dla niego wystarczająco dobra. Wtedy mówił jej, że żartuje, że jest najwspanialszą kobietą na świecie. Ale czy rzeczywiście słyszała w jego głosie prawdę, czy raczej to, jak bardzo starał się być dla niej idealny?

Teraz ten kubek był wszystkim, co po niej zostało w tym mieszkaniu. Kubek i pytania, na które nigdy nie pozna odpowiedzi.

W kuchni na blacie leżała jeszcze jej lista zakupów, napisana charakterystycznym pochyłym pismem: „mleko, chleb, coś słodkiego (ale nie za bardzo!)”. Zawsze dopisywała takie komentarze w nawiasach, jakby rozmawiała sama ze sobą na papierze. Michał kiedyś żartował, że jej listy zakupów to krótkie opowiadania. „A twoje to spisy inwentarza,” odpowiadała właśnie w ten swój sposób z lekką uszczypliwością, ale uśmiechem w oczach, bo rzeczywiście jego listy były zawsze punktowe, uporządkowane według działów w sklepie.

Na lodówce magnesy były porozstawiane chaotycznie kotek z Krakowa obok reklamy pizzerii, kartka z jego notatką „Spotkanie o 15:00” przylepiona na górze zamiast w rogu, gdzie zawsze prosił, żeby ją dała. Ania miała talent do tworzenia chaosu w miejscach, które on starał się utrzymać w porządku. A teraz ten chaos był jedyną oznaką życia w całym mieszkaniu. Zapach jej perfum Chanel No. 5 wciąż unosił się w powietrzu, słabszy niż rano, ale wystarczająco intensywny, żeby przypomnieć mu jej obecność przy każdym oddechu.

O ósmej wieczorem zadzwonili rodzice Ani. Głos matki był ochrypły od płaczu. „Jak się trzymasz, Michał?” pytała, a on słyszał w jej tonie własną rozpacz odbijającą się echem. Płakał z nimi przez telefon, pierwszy raz tego dnia. O dziesiątej przyszedł Tomek z jedzeniem i alkoholem zapach ciepłej zupy z chińskiego unosił się po całym mieszkaniu, ale Michał nie potrafił przełknąć ani łyżki. Wypił jedno piwo i wymiotował przez pół godziny, czując metaliczny posmak w ustach. Tomek zostałby na noc, ale Michał go wyprosił. Chciał być sam ze swoją winą.

Około jedenastej położył się do łóżka. Pościel wciąż pachniała jej perfumami. Zamknął oczy i czekał na sen, który przyniesie ulgę, choćby na kilka godzin. Prześcieradło pod palcami było gładkie, dokładnie takie jak lubiła egipska bawełna, która nie drapała skóry.

Przed zaśnięciem przypomniał sobie ostatnią prawdziwą kłótnię sprzed miesiąca przed wypadkiem. O błahostkę o to, czy pomalować ścianę w sypialni na niebiesko czy na zielono. Ania chciała zielono, „jak las w deszczu” tak mówiła, robiąc ten gest ręką, jakby malowała pędzlem w powietrzu. On argumentował za błękitem, spokojniejszym, bardziej uniwersalnym. Kłócili się przez godzinę, aż w końcu powiedziała „rób co chcesz” tym tonem, który oznaczał kapitulację, nie zgodę, i poszła do łazienki. Gdy wróciła, zastała go płaczącego na łóżku.

„Nie chcę robić co chcę,” powiedział wtedy. „Chcę, żebyśmy byli szczęśliwi razem.”

Ona usiadła obok niego i położyła rękę na jego dłoni. Jej dotyk był ciepły, pewny. „Czasem myślę, że tak bardzo starasz się być dla mnie idealny, że zapominasz być sobą.”

Nigdy nie pomalowali tej ściany. Została biała, jak przedtem.

Sen nie przyszedł.

Leżał w ciemności, a przed oczami przewijały się te same obrazy: jej twarz w świetle reflektorów, moment uderzenia, cisza po wszystkim. Każdy detal wypalony w pamięci z fotograficzną precyzją. Smak krwi w ustach, gdy ugryzł się w język w momencie uderzenia. Zapach benzyny mieszający się z jej perfumami.

O drugiej w nocy wstał i usiadł z powrotem w fotelu. Patrzył na ulicę pustą, cichą, pogrążoną w śnie, którego on nie zaznał. Po raz pierwszy w życiu jego ciało odmówiło mu tej podstawowej potrzeby. Sprawdzał telefon co kilka minut obsesyjny nawyk, który wykształcił się po wypadku, jakby czekał na wiadomość od kogoś, kto już nigdy nie napisze.

O czwartej rano dotarło do niego, że to nie jest zwykła bezsenność. To było coś innego. Jakby jego umysł postanowił, że nie zasługuje na spokój, na tę kilkugodzinną przerwę od bólu. Jakby sen był formą wybaczenia, na które nie może sobie pozwolić.

Zostały mu tylko czuwanie i pamięć. Czuwanie nad winą, która była wszystkim, co łączyło go teraz z Anią.

Nie wiedział jeszcze, że ta pierwsza noc bezsenności będzie pierwszą z dziesiątek. Nie wiedział, że za sześć miesięcy, gdy zmęczenie stanie się jego drugim imieniem, a samotność trzecim, jego umysł znajdzie zupełnie inną drogę do snu.

Drogę, która odmieni wszystko.

ROZDZIAŁ 1

NOC PIERWSZA: PRÓG

Sześć miesięcy później Michał Kowalski siedział w tym samym fotelu, patrząc na tę samą ulicę. Zegar na ścianie wskazywał 4:30 rano godzina, która nie znaczyła nic przed wypadkiem, a teraz była tak znajoma jak jego własne imię. Pochylił się do przodu, pocierając zmęczone oczy. Pod palcami czuł nierówności drobnych blizn ślady po szklanych odłamkach, które zostały mu po wypadku.

Liczył samochody. Dwanaście w ciągu ostatniej godziny. Każdy zostawiał za sobą krótki ślad świateł, każdy wiózł kogoś do domu, do łóżka, do snu. To była jego rutyna: liczenie, obserwowanie, czekanie na świt. Wszystko, żeby tylko nie zamykać oczu. Autobus 119 przejechał dokładnie o 4:47, pierwszy dziś, zawsze punktualny. Ten sam numer linii, którym jeździł do pracy przez trzy lata, zanim przeszedł na własną działalność. Teraz nie pracował wcale.

Kubek Ani wciąż stał na komodzie. Nieumyty od sześciu miesięcy, z wyschłymi resztkami ostatniej kawy na dnie i tą samą plamą na brzegu, która kiedyś go denerwowała, a teraz była jak podpis artysty na dziele. Czasem miał ochotę go dotknąć, ale ręka zawsze zastygała w pół ruchu. W szufladzie obok leżał jej długopis bez nakrętki jeden z dziesiątek, które zawsze gubiła, mimo że prosił, żeby uważała. Kolor niebieski, prawie wyschła pasta. Na lodówce magnesy, które rozstawiała chaotycznie, wbrew jego potrzebie porządku. Zagięte rogi książek na półce. Małe rzeczy, które robiła po swojemu.

Małe rzeczy, które teraz były wszystkim co zostało.

Bolała go głowa. Migreny miał codziennie od trzech tygodni skutek chronicznego niewyspania i napięcia w karku. Leki przeciwbólowe przestały działać miesiąc temu. Dr Nowotna sugerowała Sertralinę, ale tabletki wciąż leżały nietknięte w szufladzie. „To nie porażka, to narzędzie,” mówiła spokojnym, profesjonalnym głosem. „Farmakoterapia plus psychoterapia dają najlepsze rezultaty.” Ale on potrzebował bólu. Bólu fizycznego i psychicznego. To było wszystko, co mu zostało z Anią. Potrząsał lewą ręką nerwowy tik, który rozwinął mu się po wypadku, gdy stres stawał się nie do zniesienia.

Zostały mu tylko te nocne czuwania, te mechaniczne rytuały, które zastąpiły mu sen. Płatki Cini Minis na śniadanie te same, które Ania nie cierpiała. „Za słodkie,” mówiła, krzywiąc się teatralnie. „Jak jesz to kolorowe badziewie?” Teraz jadł je codziennie, jakby to był sposób na utrzymanie jej obecności w mieszkaniu przez sprzeciw.

Zamknął oczy, nie po to żeby spróbować zasnąć na to było za wcześnie ale żeby na chwilę uciec od bólu. Ciemność za powiekami była gęsta, ciepła. Po raz pierwszy od tygodni poczuł coś na kształt spokoju.

I wtedy stało się coś dziwnego.

Idę przez korytarz, który nie istniał chwilę wcześniej, ale teraz jest bardziej rzeczywisty niż wszystko, co zostawiłem za progiem snu. Ściany oddychają moim pulsem, a podłoga mieni się odcieniami wszystkich uczuć, jakie kiedykolwiek czułem.

Ten korytarz jest zbudowany z moich wspomnień. W każdej ścianie widzę kadry z życia z Anią ona śmieje się nad śniadaniem, maluje paznokcie na różowo, czyta książkę w łóżku. Ale też inne obrazy, te które wolałbym zapomnieć: jej zmęczoną twarz po trudnym dniu w pracy, moment gdy odwróciła się plecami podczas naszej kłótni o błahostkę, jej łzy gdy myślała, że nie widzę. Obrazy przesuwają się jak w zwolnionym filmie, każdy idealnie zachowany, każdy boli i cieszy jednocześnie.

Ale to nie były tylko piękne obrazy. W ścianach korytarza widziałem też prawdziwą Anię tę, która miała złe dni w pracy i przychodziła do domu milcząca, zestresowana. Tę, która płakała nad filmami, których nie rozumiałem. Tę, która czasem mówiła „nic” gdy pytałem co się stało, a potem przez godzinę siedziała skulona na kanapie. Widzę jej małą bliznę na brodzie ślad po upadku z roweru w dzieciństwie, którą zawsze przykrywała podkładem. Widzę jak nosi za duże swetry, bo miała kompleks małego biustu, choć był idealny w moich oczach.

Prawdziwa Ania nie była zawsze promieniejąca. Miała swoje lęki o przyszłość, o nas, o to czy jest wystarczająco dobra w tym co robi. Miała swoje małe wady, które starałem się ignorować albo „poprawiać” sposób w jaki zostawiała drzwi szafy otwarte, jak zapominała o umówionych spotkaniach, jak czasem była nieobecna myślami w trakcie naszych rozmów. Jak była niecierpliwa i przebiegała przez filmy, żeby zobaczyć koniec. Jak czasem była sarkastyczna do bólu, zwłaszcza komentując moją rodzinę.

Teraz, idąc przez ten korytarz wspomnień, widziałem że prawdziwa Ania była o wiele bardziej skomplikowana niż ta wersja, którą nosiłem w sercu. I może o wiele bardziej wartościowa właśnie przez tę komplikację.

Moje kroki odbijają się echem, które brzmi jak nasze dawne rozmowy. Słyszę jej głos: „Co myślisz o niebieskich ścianach w sypialni?” i swój: „Będzie pięknie, zobaczysz.” Ale też inne słowa: „Czasem mam wrażenie, że chcesz mnie zmieniać” i moje „Nie, kocham cię taką jaka jesteś”, które zabrzmiało wtedy nieprzekonująco nawet dla mnie samego. Słowa nakładają się na siebie, tworzą melodię nostalgii tak słodką, że aż mdłą.

Korytarz wydaje się nieskończony. Za sobą widzę tylko ciemność, przed sobą więcej wspomnień, więcej bólu i piękna. Ale na samym końcu, tak daleko, że muszę mrużyć oczy, błyszczy coś złotego.

Klamka. Drzwi.

Idę w jej stronę, ale z każdym krokiem zdaje się oddalać. Próbuję iść szybciej, ale wspomnienia w ścianach stają się coraz wyraźniejsze, coraz bardziej wymagające uwagi. Widzę siebie, jak poprawiam Ani kubek na komodzie po tym, jak go postawiła. Widzę jej minę nie złość, raczej rezygnację. To charakterystyczne zmarszczenie brwi, gdy czuła się krytykowana. „Przysięgam, że czasem czuję się jak twój projekt do poprawienia,” powiedziała wtedy tym tonem, którym mówiła prawdy, na które nie byłem gotowy. A ja odpowiedziałem: „Nie przesadzaj.” Ale może jednak nie przesadzała?

Mija godzina, może dzień tutaj czas płynie inaczej, gęstnieje jak miód między palcami. Dopiero gdy przestaję się spieszyć, gdy pozwalam sobie na powolny spacer przez własne wspomnienia te piękne i te niewygodne drzwi zaczynają się przybliżać.

„Ten korytarz nie ma końca, jeśli będziesz szedł wstecz.”

Odwracam się. Za mną stoi mężczyzna w stonowanym garniturze, może czterdziestoletni, o twarzy miłej, ale niewyraźnej. Jakby ktoś narysował go ołówkiem i nie dokończył detali. Ma krótkie, praktyczne paznokcie i sposób trzymania rąk, który wydaje się znajomy. Ale w jego oczach widzę coś znajomego cień starego bólu, który nigdy całkiem nie znika. Pociera okulary kciukiem gest nerwowy kogoś, kto spędził za dużo czasu, myśląc o rzeczach, których nie można zmienić.

„Kto pan jest?” pytam, ale mój głos brzmi dziwnie w tej przestrzeni jakby dochodził z głębiny studni.

„Możesz mówić mi Prowadnik.” Uśmiecha się, ale ten uśmiech nie sięga oczu. Ma głos spokojny, niski, z lekkim chrypnięciem od zbyt wielu papierosów albo zbyt wielu lat. Obserwuje mnie z intensywnością kogoś, kto widział już takie sceny wcześniej. „Widzę, że zaczynasz pamiętać prawdziwą Anię. Większość ludzi, którzy tu przychodzą, pamięta tylko idealizowane wersje swoich ukochanych.”

„A to złe?” pytam.

„Nie złe, ale… niepełne. Idealizacja to forma zapomnienia, Michale. Gdy kochasz tylko idealną wersję kogoś, tracisz prawdziwą osobę, która była o wiele bardziej interesująca.” Jego głos ma w sobie dziwną nutę jakby mówił nie tylko do mnie, ale i do siebie. W jego sposobie mówienia jest coś znajomego, jakby używał słów tak, jak ja precyzyjnie, architektonicznie, budując każde zdanie z uwagą na szczegóły.

Patrzę na obraz Ani w jednej ze ścian ma zmęczoną twarz po trudnym dniu, ale uśmiecha się do mnie przez łzy. Widzę nierówne przednie zęby, które ukrywała przed aparatem ortodontycznym, jej sposób na śmiechu z ręką przed ustami. To wspomnienie, które przez sześć miesięcy starałem się wypchać z pamięci, bo nie pasowało do obrazu „idealnej miłości” którą stworzyłem.

„Czy mogę… czy mogę pokochać prawdziwą Anię? Nawet teraz, gdy jej już nie ma?”

Prowadnik patrzy na mnie długo, jakby szukał w mojej twarzy odpowiedzi na pytanie, którego nie znam. W jego oczach widzę nie tylko smutek, ale i coś jeszcze może nadzieję? „To,” mówi w końcu, wskazując przed siebie, „jest właśnie pytanie, na które te drzwi mogą ci pomóc znaleźć odpowiedź. A ta złota klamka… może pokazać ci inną drogę niż zapomnienie.”

Patrzę na klamkę. Z bliska widzę, że w jej powierzchni odbija się nie moja twarz, ale pytanie: „Co jeśli?” Metal jest ciepły, miedziany, pokryty drobnymi rytami jak od tysięcy dotknięć innych dłoni.

„Co jeśli mógłbym ją widzieć taką, jaka naprawdę była?” słyszę swój własny głos. „Co jeśli mógłbym pokochać prawdziwą Anię, nie tylko wersję, którą stworzyłem w pamięci?”

„To zależy od ciebie.” Prowadnik robi krok w moją stronę, ale w jego ruchu jest ostrożność, jakby przywoływał własne wspomnienia. Widzę jak przygryza wewnętrzną stronę wargi ten sam nerwowy nawyk, który mam ja. „Możesz wrócić do fotela, do liczenia samochodów, do czuwania nad winą. Albo możesz dotknąć tej klamki i zobaczyć, co kryje się za drzwiami. Ale wiedz, że prawda o miłości rzadko jest taka prosta, jak nam się wydaje.”

Wyciągam rękę. Klamka jest ciepła jak skóra Ani i zimna jak jej grób jednocześnie. Pod palcami czuję wibrację, jakby za drzwiami tętniło jakieś życie. Metal ma fakturę starego brązu, gładki w niektórych miejscach, szorstki w innych.

„Co tam jest?”

„Możliwości,” odpowiada Prowadnik, ale słyszę w jego głosie coś więcej tęsknotę. Jakby te możliwości były czymś, czego on sam kiedyś szukał. W jego oczach widzę echo własnej bezsenności, własnego bólu. „Ale każda ma swoją cenę. I ja…” przerywa, jakby powiedział za dużo.

„I pan co?”

„Ja bardzo dobrze znam tę cenę.” Jego twarz na moment traci swoją niewyraźność i widzę w niej ślady kogoś, kto przeszedł przez to samo piekło co ja. Widzę małą bliznę na jego lewym policzku i sposób, w jaki pociera ją kciukiem ten sam gest, którym pociera policzek ja. „Ale o tym porozmawiamy następnym razem.”

Kręcę klamką. Drzwi otwierają się na złote światło tak jasne, że muszę osłonić oczy. Z wnętrza dochodzi ciepło i zapach… nadziei? Czy nadzieja ma zapach? Pachnie jak Chanel No. 5, jak świeża kawa i jak poranek, który nie skończył się tragedią.

„Następnym razem,” mówi Prowadnik, jego głos już się oddala, ale słyszę w nim nutkę desperacji, jakby moja obecność oznaczała dla niego coś więcej niż tylko kolejną lekcję, „będziesz mógł wejść do środka.”

Światło intensywnieje, złoty blask wypełnia cały korytarz, i wtedy…

Michał obudził się z ręką wyciągniętą przed siebie, jakby wciąż dotykał klamki. Przez kilka sekund nie wiedział, gdzie jest. Serce biło mu szybko, nieregularnie. Potem dotarł do niego zapach mieszkania stęchlizna, kurz i nieobecność Ani. Powietrze było suche, zimne, z lekkim zapachem pleśni z narożnika przy oknie, który obiecywał naprawić od miesięcy.

Ale coś było inne. Na dłoni, tam gdzie we śnie dotykał klamki, czuł ciepłe miejsce na skórze. Jakby ktoś położył na niej monetę nagrzaną słońcem. Powierzchnia skóry była lekko czerwona, jakby od długotrwałego dotyku nagrzanego metalu.

Spojrzał na zegar. 8:47 rano. Spał ponad cztery godziny. Po raz pierwszy od miesięcy sen przyszedł naturalnie, bez tabletek, bez alkoholu, bez godzin przewracania się z boku na bok. Ciało bolało go inaczej nie z napięcia, ale jakby odpoczywało po prawdziwym śnie.

Wstał ostrożnie, jakby zbyt gwałtowny ruch mógł zniszczyć coś delikatnego. Lewe ramię, które zawsze sztywniało po stresie, było dzisiaj rozluźnione. W mieszkaniu unosi się dziwne światło jakby każda powierzchnia odbijała złote promienie, chociaż słońce było ledwo widoczne za chmurami. Kurz tańczył w promieniach jak drobinki złota.

Przeszedł do łazienki i spojrzał w lustro. Jego oczy były inne. Nie kolor kolor pozostał ten sam brązowy. Ale jakby ktoś zmienił im ostrość, przesunął punkt skupienia z przeszłości na teraźniejszość. Ślady blizn na twarzy wydawały się mniej wyraźne, jakby zatarły się przez noc.

Wrócił do pokoju i po raz pierwszy od miesięcy pozwolił sobie naprawdę spojrzeć na jej rzeczy. Nie tylko na kubek na wszystko. Sweter na krześle był niebieski, ale miał małą dziurkę na rękawie, którą Ania zawsze obiecywała zacerować. Wełna była miękka, pachniała jeszcze lekko jej perfumami. Książka na stoliku nocnym „Sto lat samotności” była otwarta na stronie 247, z rogiem zagiętym w miejscu, gdzie skończyła czytać. Zawsze zaginała rogi, mimo że prosił, żeby używała zakładek.

„Lubię wiedzieć gdzie skończyłam,” mówiła tym swoim sposobem, z lekkim uśmiechem, który sugerował że wie, że mnie to irytuje. „Zakładki się gubią.”

Teraz ten zagięty róg był jak jej podpis na świecie. Coś bardzo jej, bardzo prawdziwego, bardzo… niedoskonałego. I może właśnie dlatego pięknego.

Usiadł na krawędzi łóżka. Materac ugiął się pod jego ciężarem dokładnie tak, jak kiedyś. Po raz pierwszy od sześciu miesięcy nie sprawdził od razu zegara, nie policzył godzin snu, nie przeanalizował stopnia zmęczenia. Po prostu siedział i pozwalał sobie na coś, czego nie czuł od wypadku ciekawość.

Czy to był zwykły sen? Ale zwykłe sny nie zostawiały śladów na skórze, nie zmieniały sposobu patrzenia na świat. A Prowadnik… Prowadnik był tak realny, że Michał mógłby opisać każdą zmarszczkę na jego twarzy, każdy odcień głosu, zapach jego kolońskiej świeży, z nutą cedru. I ten dziwny smutek w jego oczach, jakby on też miał swoją historię do opłakania.

Patrzył na kubek Ani. Po raz pierwszy od miesięcy nie odczuwał przy tym widoku tylko bólu. Ból wciąż był, ale towarzyszyło mu coś jeszcze. Może to, co Prowadnik nazywał „inną drogą niż zapomnienie.” Może możliwość pokochania prawdziwej Ani, tej z plamami od kawy i zgubionymi nakrętkami, tej która czasem była zmęczona i czasem miała złe dni. Tej, która śpiewała fałszywie pod prysznicem i opowiadała mu zakończenia filmów, zanim je obejrzał. Tej, która była rozrzutna z pieniędzmi i kupowała impulsywnie rzeczy, których nie potrzebowali.

Tej, która była człowiekiem, nie świętą.

Wrócił do fotela przy oknie, ale tym razem nie po to, żeby liczyć samochody. Zamknął oczy i pozwolił sobie myśleć o prawdziwej Ani tej z zagiętymi rogami książek i zostawionymi kubkami, tej która miała złe dni i czasem była smutna z powodów, których nie rozumiał. Tej, która kochała go nie jako idealnego mężczyznę, ale jako człowieka z wadami i słabościami. Tej, która kłóciła się z nim o pieniądze ona rozrzutna, on oszczędny. Tej, która chciała dzieci za dwa lata, gdy on wolał poczekać.

Złota klamka wciąż wydawała mu się realna, ciepło na dłoni nie znikało. Czuł na skórze lekkie pieczenie, jakby po dotknięciu rozgrzanego metalu. Ale teraz rozumiał pytanie, które w niej widział: „Co jeśli pokochasz prawdziwą Anię, nie tylko wspomnienie o niej?”

„Następnym razem będziesz mógł wejść do środka,” powiedział Prowadnik.

A w tym „następnym razem” była obietnica, ale też coś innego. Jakby Prowadnik też czekał na coś od tego spotkania. Jakby Michał był nie tylko uczniem, ale i nadzieją. W jego głosie było echo tej samej bezsenności, którą znał tak dobrze.

Tej nocy, kiedy zamknął oczy, nie liczył samochodów. Liczył wszystkie małe rzeczy, które w Ani kochał i te, które go irytowały, i zastanawiał się czy da radę pokochać je wszystkie razem. Jej śmiech, który był za głośny. Jej obsesję porządku, która czasem przewyższała jego własną potrzebę kontroli. Jej sarkastyczne komentarze o jego rodzinie, które raniły, ale często były trafne. Jej sposób na przebieganie przez filmy i opowiadanie mu zakończeń. Bez poprawiania, bez idealizowania.

Po prostu pokochać człowieka, który była.

I gdzieś w półśnie zdawało mu się, że słyszy głos Prowadnika, mówiący nie do niego, ale do kogoś nieobecnego: „Może tym razem się uda. Może tym razem znajdę kogoś, kto potrafi iść dalej.”

W tym głosie było coś więcej niż profesjonalna troska. Była w nim osobista stawka, jakby Prowadnik sam szukał czegoś w tej podróży przez możliwości.

To prolog i rozdział pierwszy. Dalej Michał zaczyna prowadzić dwie listy: prawdziwą i tę, która mniej boli.

Kiedy śpisz nie jesteś sobą - Marek Porycki
Tył okładki → Kiedy śpisz nie jesteś sobą - tył okładki, Marek Porycki
Thriller psychologiczny

Kiedy śpisz nie jesteś sobą

Kim się stajesz, gdy gaśnie świadomość? Granica między snem a jawą okazuje się cieńsza niż między prawdą a wspomnieniem. Powieść o tożsamości, która rozpada się dokładnie wtedy, gdy przestajesz nad nią czuwać.

Powieść · język polski · pliki bez DRM
Przeczytaj fragment →

15 grudnia, czwartek, 7:00. Mieszkanie przy Słonecznej 45/12

Budzę się o 6:59, minutę przed budzikiem, i ta minuta nie jest przypadkiem. Moje ciało nauczyło się jej samo, bez pytania mnie o zdanie, wyprzedzać dzwonek tak, jak uczy się tego zwierzę, które kiedyś dostało za to, że spało za mocno. Coś we mnie przez trzy lata przestało naprawdę zasypiać. Czuwa pod snem jak wartownik, który drzemie na stojąco, i wypycha mnie na powierzchnię akurat na tyle wcześnie, żebym zdążyła sprawdzić, w jakim stanie jest świat, zanim świat sprawdzi mnie.

Leżę nieruchomo. To nie jest spokój, to jest pierwsza decyzja dnia, podjęta przed otwarciem oczu: nie poruszyć materaca, nie zmienić ciśnienia powietrza w pokoju, nie zaistnieć głośniej, niż wolno. Wsłuchuję się w oddech Damiana. Cztery sekundy w jedną stronę, cztery w drugą. Liczę go nie z czułości, tylko tak, jak żeglarz czyta barometr. Równy oddech znaczy, że poranek jest jeszcze bezpieczny. Najmniejsza zmiana rytmu, przyspieszenie, zatrzymanie, westchnienie, to zmiana prognozy, a ja nauczyłam się czytać tę pogodę wcześniej niż własne myśli.

Materac ma swoją mapę i mapa ta jest zapisana nie w mojej głowie, lecz w mięśniach. Lewa strona przy szafce milczy. Środek, tam gdzie schodzą się sprężyny, skarży się pod każdym kilogramem. Nie pamiętam już, kiedy się tego uczyłam, bo wiedzy, która chroni, ciało nie przechowuje jak wspomnienia, tylko jak odruch. Przesuwam ciężar centymetr po centymetrze, rozkładam go między biodro a dłoń, opuszczam stopę na podłogę w jedynym miejscu, gdzie deska nie strzela. Wstawanie zajmuje mi dwie minuty. Robię to co rano z precyzją sapera, który wie, że nie chodzi o ten jeden raz, kiedy bomba wybuchnie, tylko o wszystkie poprzednie razy, kiedy nie wybuchła i utwierdziła go w tym, że czujność popłaca.

Damian przewraca się na drugi bok. Moje serce nie podskakuje, ono staje, na całe pół sekundy zawisa w bezruchu, jakby i ono należało do umiejętności nieprzeszkadzania. Jeden. Dwa. Trzy. Cztery. Oddech wraca do rytmu. Świat jest wciąż bezpieczny. Dopiero teraz, kiedy minęło zagrożenie, którego nie było, czuję, jak bardzo byłam na nie gotowa, i ta gotowość męczy mnie bardziej niż jakakolwiek praca.

Kiedyś budziły mnie ptaki. To nie jest tęsknota, którą sobie dośpiewuję, ja pamiętam to ciałem: budzik nastawiony na ósmą, dziesięć minut leżenia z zamkniętymi oczami w mieszkanku na Ochocie, czerwona ściana, którą pomalowałam sama przez weekend, zapach kawy z ekspresu kupionego na wyprzedaży za sto złotych. Tamta kobieta budziła się do dnia. Ja budzę się do służby. Między jedną a drugą nie było żadnego progu, żadnej granicy, którą dałoby się wskazać palcem i powiedzieć: tu się zaczęło. Zmiana przyszła tak, jak przychodzi zmierzch, stopniowo, a potem nagle jest ciemno.

W łazience zapalam jedną żarówkę z czterech, bo cztery to za jasno, a za jasno to ryzyko. Lustro oddaje mi kobietę, na którą patrzę z uprzejmym dystansem kogoś, kto rozpoznaje twarz, ale nie do końca pamięta skąd. Trzydzieści dwa lata. Cienie pod oczami w kolorze starego siniaka. Próbuję sobie przypomnieć, kiedy się pojawiły, i napotykam to samo, co zawsze w ostatnim czasie: gładką, szarą mgłę w miejscu, gdzie powinny być miesiące. Nie umiem powiedzieć, co robiłam w marcu. Nie dlatego, że zapomniałam. Dlatego, że kiedy każdy dzień jest tym samym egzaminem, dni przestają się od siebie różnić na tyle, żeby zostawić ślad. Mam w telefonie zdjęcie sprzed dwóch lat, sylwester, ta sama restauracja, w której jedliśmy pierwszą randkę. Kobieta na zdjęciu ma moje rysy, tylko że ktoś dołożył do nich coś, czego już nie noszę. Nie umiem tego nazwać inaczej niż światłem, choć wiem, że światło to za mało precyzyjne słowo. Może chodzi po prostu o to, że tamta twarz jeszcze nie wiedziała, że trzeba uważać.

Zimna woda uderza mnie w twarz. Myję zęby ręcznie, bo szczoteczka elektryczna brzęczy jak mała piła i mogłaby go obudzić, a obudzony za wcześnie Damian to inna prognoza na cały dzień. Pasta gryzie w język, za ostra. Spluwam cicho, wycieram usta wierzchem dłoni i patrzę na kobietę w lustrze, która nauczyła się czegoś, czego nie da się oduczyć w jeden poranek: być mniejszą, niż jest.

W kuchni zapalam tylko lampkę nad blatem. Żółty krąg światła kładzie się na granicie jak reflektor w pustym teatrze, a wszystko poza nim zostaje w ciemności, i ta scenografia odpowiada mi bardziej, niż chciałabym przyznać. Lodówka otwiera się z sykiem. Jajka tam, gdzie zawsze, w prawym rogu środkowej półki. Trzy. Dokładnie trzy, nigdy dwa, nigdy cztery. ”Porządna porcja, nie te hipsterskie śniadanka z jednym jajkiem”, powiedział kiedyś, dawno, kiedy to jeszcze brzmiało jak żart, a nie jak ustawa. Wtedy się śmiałam. Teraz wyjmuję trzy jajka i nie zauważam już nawet, że liczę, bo najskuteczniejsza kontrola to ta, która zdążyła się zmienić w mój własny nawyk.

Masło Kerrygold w złotym papierze. Polskie kosztuje trzy razy mniej, ale on rzucił raz ”tłuszczyk dla biedaków”, krótko, mimochodem, nie podnosząc wzroku znad telefonu, i to wystarczyło. Tak działają jego zdania. Nie krzyczy ich, upuszcza, a ja je podnoszę i układam z nich regulamin, którego nikt nigdy nie spisał, a którego przestrzegam co do litery. Cen polskiego masła już nie sprawdzam. Po co sprawdzać coś, czego i tak nie wolno wybrać.

Chleb razowy, kromki równe, centymetrowej grubości. Przez pierwsze trzy miesiące mierzyłam linijką, naprawdę, kładłam ją na desce i prowadziłam nóż wzdłuż krawędzi, i wstydziłam się tego przed sobą tak, jak się wstydzi rzeczy, które robi się ze strachu. Teraz widzę grubość na oko. Moje ręce nauczyły się precyzji, której nikt nie chciał ich uczyć, i ta sprawność jest jednym z moich najsmutniejszych osiągnięć.

Zdejmuję patelnię z haczyka. Teflon, czerwony uchwyt, dno wytarte z lewej strony, gdzie zawsze robię jajka. Kupiłam ją pierwszego dnia w tym mieszkaniu, na targu, od starszego mężczyzny z akcentem jak u mojego dziadka, który opowiadał o żonie gotującej na takiej samej od dwudziestu lat. ”Dobra patelnia to inwestycja, pani panie”, powiedział i uśmiechnął się szeroko, całą twarzą, bez powodu, dla obcej dziewczyny przy straganie. Pamiętam ten uśmiech dokładniej niż niejeden pocałunek, bo dziś już wiem, że był ostatnim z tamtego gatunku, uśmiechem, który niczego nie chciał i niczego nie oceniał. Tamtego dnia słońce wpadało przez okna, kartony stały wszędzie, a Damian znosił je z samochodu, nucąc pod nosem. ”Będziemy tu szczęśliwi”, powiedział, całując mnie w czoło. Uwierzyłam i nie był to błąd, w to wierzyć. Błąd przyszedł później, kiedy uwierzyłam, że jeśli jest źle, to dlatego, że ja coś psuję.

Uderzam jajkiem o krawędź miski. Trzask brzmi za głośno w tej ciszy i moja ręka zamiera w połowie ruchu, zanim głowa zdąży pomyśleć, sama, odruchowo, tak jak cofa się dłoń od gorącego. Oddech więźnie mi w płucach. Nasłuchuję. Z sypialni nic. Dopiero po dwóch, trzech sekundach pozwalam sobie wypuścić powietrze i uświadamiam sobie, jak bardzo moje ciało wciąż traktuje dźwięk pękającej skorupki jak alarm. Żółtko spływa między palce, ciepłe, i przez moment, jeden krótki moment, to czucie należy tylko do mnie, jest przyjemne, jest zwierzęco proste. Babcia uczyła mnie robić jajecznicę w kuchni na Pradze, miałam wtedy osiem lat. ”Czujesz?”, mówiła Kasia, trzymając jajko jak coś żywego. ”To jest życie. Może z tego być kurczak albo śniadanie. Ty decydujesz.” Wtedy słowo ”decydujesz” było obietnicą. Dziś jest nazwą czegoś, co mi zabrano tak powoli, że nie umiałabym wskazać dnia, w którym ostatni raz naprawdę o czymś zdecydowałam.

Sprawdzam skorupkę opuszkami, raz, drugi, trzeci. Raz jeden znalazł odłamek. Dziewiętnastego marca, osiem miesięcy temu. Nie krzyczał, bo krzyk to dla niego poziom ludzi, którymi gardzi. Spojrzał tylko tym swoim sposobem, lekko uniósł brew, opuścił kąciki ust i westchnął, jednym wydechem mówiąc więcej, niż powiedziałaby godzina wyzwisk. ”Zuziu. Naprawdę?” Dwa słowa, których nauczyłam się bać bardziej niż wrzucania talerzami u rodziców, bo na krzyk można się skulić, a na to westchnienie nie ma żadnej obrony, ono wchodzi pod skórę i zostaje. Trzy dni potem przepraszałam, tłumaczyłam się, udowadniałam, że zwykle jestem ostrożna. Od tamtej pory sprawdzam każde jajko po trzy razy, i to nie on mnie do tego zmusza. To ja sama, w środku, pilnuję się za niego. To jest jego największy sukces, choć nigdy by go tak nie nazwał: zainstalował się we mnie tak głęboko, że nie musi już być w pokoju, żeby rządzić.

Jajka syczą na patelni. Biorę drewnianą łopatkę ze szczerbą i mieszam powolnymi ruchami, układając żółte spirale w kształt słońca z promieniami, jak w dziecięcym rysunku. To był mój pomysł dwa lata temu, pierwsze wspólne śniadanie tutaj. Damian śmiał się wtedy naprawdę, z brzucha, przytulił mnie od tyłu, pachniał żelem po goleniu i tym wszystkim, co miało dopiero nadejść. ”Zuziu, jesteś taka kreatywna.” Teraz robię to słońce każdego ranka, osiemset trzydzieści razy, bez jednego komentarza, i wciąż, mimo wszystko, każdego ranka jakaś moja cząstka czeka, że dziś on spojrzy i sobie przypomni. Ta cząstka jest we mnie najdzielniejsza i najgłupsza zarazem, i nie wiem, czy chciałabym, żeby wreszcie umarła, czy modlę się, żeby przeżyła.

Nóż do chleba leży w szufladzie. Tępy, z obluzowaną rękojeścią. Prezent od Kasi na parapetówkę. ”Żebyś mogła ciąć głupie komentarze swojego faceta”, powiedziała wtedy, pakując go w żółty papier, i obie się śmiałyśmy, nie wiedząc jeszcze, jak gorzko to zabrzmi za trzy lata. Nóż jest tępy, bo Damian nie lubi ostrzyć noży. ”Zrobię to w weekend”, mówi od roku, w każdą sobotę na niedzielę, w każdą niedzielę na przyszły tydzień, a ja przestałam pytać pół roku temu i nauczyłam się ciąć tępym. Czasem myślę, że ten nóż jest najuczciwszym przedmiotem w całym mieszkaniu, bo nie udaje, że tnie, tylko po prostu nie tnie, i wszyscy o tym wiedzą, i nikt z tym nic nie robi. Tępy nóż to ja, gdybym była rzeczą.

Kawa do kubka z napisem ”World's Best Marketer”, prezentu od zespołu na mikołajki. Damian opowiadał o tym tydzień, o tym, jak Julia z recepcji nazwała go inspiracją dla młodszych, jak Górski dorzucił długopis Montblanc. Mój własny kubek jest biały z Ikei, jeden z czterech za dziewiętnaście złotych, bez napisu, bez historii. Kupiłam go sama, nie czekając, aż on mi kupi, i ten drobiazg, ta cicha rezygnacja z bycia obdarowaną, mówi o nas więcej niż wszystkie kłótnie, których nie ma.

Zegar nad kuchenką pokazuje 7:23. Mój dzień chodzi jak mechanizm: 7:25 prysznic, 7:40 jego wyjście do łazienki, 7:45 talerz na stole, 8:30 jego praca. Trzy lata bez odchyleń. Tłumaczyłam sobie kiedyś, że to porządek, że porządek daje spokój. Dopiero teraz, z tymi drżącymi rękami, zaczynam podejrzewać, że to nie jest mój porządek, że ja w tym mechanizmie nie jestem zegarmistrzem, tylko jednym z trybów, a tryb nie ma własnego czasu.

Bo dziś coś jest nie tak. Stoję przy blacie, trzymam jego kubek i widzę, że powierzchnia kawy faluje. Drobne brązowe okręgi, jak po kamieniu wrzuconym do stawu. To moje ręce. Trzeci raz w tym tygodniu. W poniedziałek przy soku, we wtorek, gdy wrócił i opowiadał o swojej prezentacji, dziś znowu. Stawiam kubek, zanim go upuszczę, kładę obie dłonie płasko na zimnym granicie i próbuję oddychać tak, jak pokazywała kobieta z filmów, które oglądam teraz w trybie incognito, ze słuchawkami, przy zamkniętych drzwiach, jak ktoś, kto ukrywa nałóg. Bo Damian powiedział, że internetowi pseudospecjaliści okradają z czasu ludzi, którzy nie potrafią poradzić sobie sami, a ja od tamtej pory chowam nawet swoje próby ratowania się, jakby ratunek był czymś wstydliwym.

Może to przez ten sen. Śniłam coś tej nocy, co wciąż siedzi we mnie ciepłym, niebezpiecznym śladem. Stałam w jasnej, dużej sali, przed ludźmi, których było ze trzydzieści, i mówiłam do nich o kolorach, o tym, jak kształt potrafi nieść emocję. I oni słuchali. Nie sprawdzali telefonów, nie patrzyli przeze mnie jak przez szybę. Patrzyli na mnie, jakbym miała coś, co warto usłyszeć. A ja się śmiałam, głośno, swobodnie, śmiechem, który wychodzi z brzucha i wypełnia pokój, śmiechem, którego w prawdziwym życiu nie słyszałam u siebie tak dawno, że we śnie wydał mi się cudzy. Byłam tam kimś, kto mówi ”nie” bez przepraszania potem przez godzinę. To tylko sen, powtarzam sobie, przypadkowe wyładowania w nocnym mózgu, nic. Ale moje ciało nie wie, że to był tylko sen. Ciało zapamiętało, jak to jest, i dlatego ręce mi drżą: nie ze strachu, tylko z tęsknoty, która jest groźniejsza od strachu, bo strach każe zostać, a tęsknota zaczyna szeptać, że można odejść.

”Co robiłaś źle?” Wczorajszy wieczór wraca do mnie całym ciężarem. Jego głos był cierpliwy, jak głos nauczyciela, który tłumaczy dziecku coś oczywistego po raz dziesiąty. Stałam wtedy, gdzie teraz, i przeglądałam w głowie cały dzień, szukając przewinienia, którego nie znałam, bo na tym polega ta gra: wina jest pewna, znany jest tylko wyrok, a oskarżona ma sama znaleźć paragraf. ”Nic. Naprawdę nic nie…” ”Zuzanna.” Przerwał mi, uśmiechając się, kąciki w górę, oczy bez temperatury. ”Nie kłam. Widziałem, jak się zachowywałaś w sklepie. Ta sprzedawczyni mogła pomyśleć, że jesteśmy dziwną parą.” I oto cały on w jednym ruchu: zarzut bez treści, świadek nie wiadomo czego, a na końcu lęk o to, co pomyślą obcy, który ja, wytresowana, natychmiast przejmuję za swój. Do dziś nie wiem, co zrobiłam źle. Uśmiechnęłam się za szeroko? Zapytałam o cenę? Podziękowałam dwa razy? Wszystkie możliwe przewinienia zlały się w jedną szarą plamę, listę tak długą, że nie do zapamiętania, i to też jest częścią metody, bo człowiek, który nie wie, za co był karany, zaczyna uważać na wszystko naraz i tak rodzi się czujność, która nigdy nie odpoczywa.

Kroki w sypialni. Woda w łazience zaczyna szumieć. 7:25, punktualnie. Mam piętnaście minut na talerz bez zarzutu. Słońce z jajecznicy, masło do brzegów, kawa siedemdziesiąt pięć stopni, bo kiedyś sprawdziłam to termometrem i zapisałam w notesie trzymanym w szufladzie, w tym samym, w którym chowam swoje postanowienia, swoje filmy, swoje resztki. ”Zuziu, to nie lawa”, powiedział kiedyś, gdy parzyłam sobie język, i śmiał się, kiedy jego śmiech jeszcze nie był ostrzem. Pamiętam dokładnie dzień, w którym przestał się tak śmiać, bo takie rzeczy pamiętam ciałem: dziewiętnasty marca, piątek, koło osiemnastej. Opowiadałam o kliencie, który chciał logo z jednorożcem dla firmy hydraulicznej, śmiałam się, niosąc ten absurd jak prezent, a on słuchał z kamienną twarzą, nie odrywając palców od klawiatury. ”To nie jest zabawne, Zuzanna. To pokazuje, jacy nieprofesjonalni są twoi klienci. Może podnieś standardy.” Coś pękło we mnie wtedy, cicho, jak włoskowata rysa w szkle, niewidoczna z zewnątrz, ale ja ją czułam, i czuję do dziś, i wiem, że szkło z taką rysą prędzej czy później idzie całe.

Siadam przy stole. Szklany, okrągły, z Ikei. Chciałam drewnianego, ciepłego, z drugiej ręki, z cudzą historią, on nalegał na szklany, ”bardziej nowoczesny, zaufaj mi”. Zaufałam, jak ufałam we wszystkim, a teraz wycieram ten stół trzy razy dziennie, bo szkło pokazuje każdy odcisk palca, każdą smugę, każdy dowód, że ktoś tu żył. Czasem myślę, że całe to mieszkanie jest takie: piękne, czyste i tak zaprojektowane, żeby każdy mój ślad był widoczny i wymazywalny.

7:40. Słyszę jego kroki w korytarzu, czarne oxfordy na parkiecie, pewne, równe, głośne, kroki kogoś, kto nigdy nie musiał się zastanawiać, czy wolno mu zajmować miejsce. Kiedyś ja też tak chodziłam. Naprawdę, miałam plany zapisane w grubym zeszycie: Londyn, Central Saint Martins, aplikacja gotowa, czekałam tylko na poprawkę z angielskiego, brakowało mi trzech punktów. Potem był sierpień, kolejka po bilety na ”Parasite”, rozmowa o symbolice i klasach społecznych, jego pewność, jego uśmiech. Dwa miesiące później mieszkaliśmy razem. ”Po co ci Londyn?”, powiedział kiedyś, gładząc mnie po włosach, moja głowa na jego piersi. ”Karierę można robić tu. A związki na odległość się rozpadają, statystycznie osiemdziesiąt procent.” Brzmiało dojrzale, rozsądnie, prawie czule, i dopiero z perspektywy trzech lat widzę, że to nie była troska o mnie, tylko pierwszy kamień w murze, który stawiał wokół mnie cierpliwie, jeden rozsądnie brzmiący argument po drugim, aż pewnego dnia obejrzałam się i zobaczyłam, że mur sięga nieba, a ja nie pamiętam, kiedy zgodziłam się go murować razem z nim.

Wchodzi do kuchni w niebieskiej koszuli Hugo Boss, włosy gładko zaczesane, zapach Dior Sauvage. Wygląda jak z okładki, zawsze wygląda jak z okładki, i to też nie jest przypadek, to jest praca, której nie widać, bo Damian nad swoim obrazem pracuje tak, jak inni pracują na utrzymanie. ”Dzień dobry”, mówi, nie patrząc na mnie, oczy w telefonie, iPhone 14 Pro, kciuk przewija LinkedIn, kto awansował, kto zmienił pracę, kto jest teraz wyżej. ”Dzień dobry. Śniadanie gotowe”, mówię, i słyszę własny głos, jak wkładam w niego ciepło, którego nie czuję, jak aktorka grająca kobietę, która cieszy się porankiem, bo udawanie radości stało się jedną z moich kompetencji zawodowych.

Siada, patrzy na talerz, łyk kawy. Żadnego komentarza o temperaturze, a brak komentarza to u niego najwyższa pochwała, jaką potrafi wydać. Pierwszy kęs, długie, metodyczne żucie, telefon w drugiej ręce. ”Dobra”, mówi po pięciu kęsach. Nie ”pyszna”, nie ”dziękuję, że wstałaś o siódmej”. Dobra. I mogę odetchnąć, przez następne piętnaście minut wolno mi oddychać pełną piersią, bo zdałam. Dopiero słysząc w sobie tę ulgę, tę szczerą, fizyczną ulgę z powodu jednego obojętnego słowa, czuję coś, co jest gorsze niż smutek. To wstyd. Wstyd, że doszłam do miejsca, w którym mój spokój zależy od tego, czy mężczyzna powie nad jajecznicą ”dobra”.

”Mam dziś spotkanie z Górskim”, mówi, nie podnosząc wzroku. ”Może będę późno.” ”Okej, zrobię obiad, możesz odgrzać.” ”Nie wiem, czy będę głodny. Może zamówimy coś w biurze.” Kiwam głową, jakby to miało sens, i może ma, może jedzenie z biura smakuje mu lepiej dlatego, że nie jest podane przez moją desperację. Kończymy w ciszy, on skroluje, ja próbuję przełknąć swój talerz, ale gardło mam zaciśnięte, chleb jest jak karton, jajka jak guma, i nawet jedzenie przestało być po mojej stronie.

8:28. Wstaje, czarna kurtka wytarta na łokciach, kiedyś czarna, teraz szara od prania, jak wiele rzeczy, które kiedyś miały kolor. ”Pa”, mówi, nie odwracając się, nie całując mnie, nie dotykając. ”Pa. Miłego dnia.” Drzwi się zatrzaskują, winda zabiera go w dół, cztery, trzy, dwa, jeden, zero, i zostaję sama.

I wtedy przychodzi to, czego najbardziej się w sobie wstydzę. Nie ulga, bo ulga byłaby zdradą. Nie smutek, bo smutek znaczyłby, że tęsknię. Spokój. Powietrze robi się lżejsze, ściany jakby się odsuwają, klatka piersiowa rozluźnia, i pierwszy raz od przebudzenia oddycham, nie sprawdzając, czy nie za głośno. To jest najgorszy moment każdego dnia, ta cicha, rozlewająca się ulga, bo jej obecność oznacza coś, czego nie chcę dopuścić do siebie w pełnym zdaniu: że żyje mi się lepiej, gdy mężczyzny, którego nazywam swoim, nie ma w domu. Myśl jest gotowa, kompletna, czeka tylko na pozwolenie, a ja, jak co dzień, odmawiam jej pozwolenia i odwracam się do zlewu.

Patrzę na jego talerz, wyczyszczony do ostatniego okruszka. ”Moja mama nauczyła mnie nie marnować”, mówił z dumą, i tym samym tonem, patrząc na mój niedojedzony chleb, dodawał: ”Twoja chyba nie.” Zaczynam sprzątać, jego talerz pusty, mój prawie nietknięty, wszystko na swoje miejsce, tak jak lubi on. Próbuję sobie przypomnieć, jak lubię ja, i nie znajduję odpowiedzi, bo pytanie o własne upodobania zardzewiało we mnie z nieużywania. Miałam żółtą bluzkę, lnianą, z Zary. Damian powiedział pierwszego dnia ”trochę krzykliwa”, drugiego ”nie za młodzieżowo?”, trzeciego przestałam ją nosić, a teraz nie pamiętam nawet, czy jest jeszcze w szafie, czy oddałam ją gdzieś razem z tą wersją siebie, która kupowała żółte rzeczy.

8:45. Piętnaście minut, zanim włączę laptopa. Powinny smakować wolnością, smakują jak korytarz. Idę do okna. Na dole pan Kowalski już wyjechał, zostały ślady opon na śniegu, sąsiadka wyprowadza psa, świat się kręci spokojnie, obojętnie, beze mnie. I właśnie patrząc na ten zwykły, niczyj poranek, czuję, jak stara myśl, ta dyżurna, ”może gdybym była lepsza”, dziś nie chce się domknąć. Coś ją blokuje od środka, jakiś nowy opór, a w szczelinę, którą ten opór otwiera, wciskają się zdania, których nie wolno myśleć. Może to nie ja jestem problemem. Może to nie ja muszę się zmieniać. Zdania są ciche, prawie nieśmiałe, ale są pełne, gramatycznie skończone, i to po raz pierwszy, a zdanie, które raz dało się pomyśleć w całości, trudno potem oduczyć.

Telefon brzęczy. Aleksandra. ”Kawka dziś? Muszę Cię o coś zapytać. Ważne.” Palec zawisa nad ekranem. Aleksandra, najlepsza przyjaciółka od liceum, którą widuję teraz raz na trzy miesiące, bo Damian mówi, że spędzam za dużo czasu z ludźmi, którzy podpuszczają mnie do niezadowolenia, i nazywa to troską o mój spokój. Powinnam odmówić, tak byłoby bezpieczniej. Ale ręce wciąż mi drżą, i ten sen, i ta nowa szczelina. ”Okej. Gdzie?” ”Café Luna, 14:00? Naprawdę muszę pogadać.” Café Luna, nasze dawne miejsce, koty między stolikami, wielkie fotele, miejsce, o którym Damian mówi, że śmierdzi hipsterami i kocią sierścią. ”Będę.” Wysyłam, zanim zdążę się rozmyślić, i natychmiast przychodzi kara, którą wymierzam już sobie sama: panika. Co, jeśli zapyta, gdzie byłam. Jeśli sprawdzi telefon. Poprawiam się w myślach, partnerzy się informują, to normalne, to nie jest pytanie o pozwolenie. Ale właśnie złapałam samą siebie na układaniu obrony, zanim ktokolwiek mnie oskarżył, i ta świadomość, że we własnej głowie mam już gotowego prokuratora z jego twarzą, jest gorsza niż wszystko, co mógłby powiedzieć na głos.

Siadam na białej kanapie, tej, na której nie wolno jeść, żeby się nie pobrudziła, i patrzę na swoje dłonie. Wciąż drżą. Ale tym razem to nie jest tylko strach, jest w tym także coś drugiego, splecione ze strachem tak ciasno, że długo nie umiałam ich rozdzielić, a co dziś, po raz pierwszy, rozdzielam. To drugie smakuje jak wolność, choć nie pamiętam już dokładnie smaku wolności, i właśnie dlatego tak mnie przeraża, że smakuje znajomo.

Otwieram laptopa, Figma się ładuje, logo dla kawiarni, kawowe ziarno, które może stać się sercem albo serce, które może stać się ziarnem. Nie umiem się skupić. Myśli wracają do kobiety ze snu, tej głośnej i pewnej, i do pytania, które tamta kobieta jakby zostawiła mi na rano: kim byłam, zanim byłam dziewczyną Damiana. Studentką ASP z wyjątkowym okiem do szczegółu, tak mówił profesor. Dziewczyną z piątkowych wieczorów w Café Kafka, z winem i planami. Kobietą, która miała żółtą bluzkę i własny głos. Wszystko to wciąż gdzieś we mnie jest, czuję to, nie zniknęło, zostało tylko schowane tak głęboko i na tyle lat, że trzeba będzie się tego uczyć od nowa jak języka, którym mówiło się w dzieciństwie.

Telefon znowu brzęczy. Damian. ”Zapomniałem pendrive'a z prezentacją. Potrzebuję do dwunastej. Przynieś na Plac Europejski.” Żadnego ”proszę”, żadnego ”przepraszam za kłopot”. Rozkaz, podany jako informacja, bo on dawno przestał prosić mnie o cokolwiek, prośba zakłada bowiem prawo do odmowy, a tego prawa w naszym domu nie mam. ”Okej. Będę o 11:45.” I nagle, zamiast zwykłej paniki, czuję coś dziwnego: ciekawość. Kiedy ostatnio byłam w jego pracy, pół roku temu, rok? Może zobaczę tam coś, co pozwoli mi zrozumieć, dlaczego jest jednym człowiekiem w domu, a innym na zewnątrz. Albo zobaczę, że jest taki sam wszędzie, i to będzie gorsze, bo odbierze mi ostatnie wytłumaczenie, to, że może w głębi jest inny, lepszy, że ten dobry Damian z początku gdzieś jeszcze istnieje i tylko trzeba go odzyskać.

Biorę pendrive z jego biurka, leży przy zdjęciu z naszych pierwszych wakacji w Zakopanem, na którym ja się śmieję, a on całuje mnie w policzek. Patrzę na to zdjęcie i próbuję sobie przypomnieć ciałem, jak to było być tamtą śmiejącą się dziewczyną, i nie potrafię, jak nie potrafię przypomnieć sobie smaku potrawy, której nie jadło się od lat. Wkładam ciemne dżinsy i granatowy sweter, bezpieczne kolory, ”reprezentujesz mnie”, powiedział kiedyś o różowej sukience, ”ludzie patrzą na ciebie i myślą o mnie”, i odtąd ubieram się tak, żeby nie myśleli o mnie w ogóle.

Warsaw Spire wita mnie marmurem, szkłem i kwiatami zbyt idealnymi, żeby były prawdziwe. Recepcja, młoda kobieta, profesjonalny uśmiech. ”Do kogo?” ”Do Damiana Krawczyka, z marketingu. Jestem Zuzanna.” ”Oczywiście, wspominał, że pani przyjdzie. Piętnaste piętro.” Wspominał o mnie, myślę, i łapię się na tym, jak mało trzeba, żebym poczuła wdzięczność, jak nisko zjechała poprzeczka tego, co biorę za dowód, że jestem dla niego ważna. Winda jedzie cicho. Open space, białe biurka, ze dwadzieścia osób, cisza przerywana stukaniem klawiszy. Damian w narożniku, największe biurko, widok na całą Warszawę, a na biurku nasze zdjęcie z Zakopanego, odwrócone w stronę ściany. Podnosi wzrok, widzi mnie, i przez ułamek sekundy, zanim zdąży nad sobą zapanować, jego twarz jest zupełnie pusta. Nie zła, nie zaskoczona, pusta, jak ekran przed włączeniem, jakby na ten jeden moment, zaskoczony, nie wiedział, kim dla niego jestem, bo nie zdążył sprawdzić, kim w tej chwili powinnam być. Potem mięśnie układają się w uśmiech, ten zawodowy, gładki, i ja, która znam jego twarz lepiej niż własną, widzę dokładnie szew między pustką a uśmiechem, i tego szwu nie umiem już odzobaczyć.

”Zuziu! Dobrze, że przyszłaś.” Dobrze, że przyszłaś, jakby to był mój pomysł, jakby wpadłam z miłości, a nie wykonać polecenie. ”Przyniosłam pendrive'a.” ”Super, dzięki.” Bierze go, nie dotykając mojej ręki. Kobieta przy sąsiednim biurku patrzy na mnie z czymś, czego nie umiem od razu nazwać, a co rozpoznaję dopiero w windzie: to było współczucie, ciche, kobiece, takie, jakim obdarza się kogoś, kto sam jeszcze nie wie. ”To pa.” ”Pa, dzięki, że przywiozłaś.” Odwracam się i słyszę za plecami, jak jego głos się zmienia, gdy mówi do kogoś z zespołu, robi się cieplejszy, swobodniejszy, bardziej żywy, ten głos, którego w domu nie dostaję od miesięcy, rozdawany tu obcym za darmo.

Na placu przed Warsaw Spire wciąż świeci słońce, a mnie jest zimniej, jakby w tych dziesięciu minutach coś we mnie przygasło. Stoję z tą pustą sekundą jego twarzy pod powiekami i pierwszy raz od bardzo dawna myślę o sobie bez jego głosu w tle, bez tego wewnętrznego komentatora, który zwykle ocenia każdy mój ruch jego słowami. Kim jestem, kiedy nie jestem dziewczyną Damiana Krawczyka. Nie wiem. Naprawdę, uczciwie, nie wiem, i ta niewiedza powinna być przerażająca, a jest jak pierwszy oddech po długim nurkowaniu. Ręce wciąż mi drżą. Ale teraz już rozumiem, dlaczego. To nie jest strach. To jest coś, co dopiero zaczyna się budzić, coś, co przez trzy lata leżało pod śniegiem, i co właśnie poczuło, że nadchodzi odwilż.

Tarcie - Thriller psychologiczny, Marek Porycki
Tył okładki → Tarcie - tył okładki, Marek Porycki
Thriller psychologiczny

Tarcie

Dwoje ludzi, dwie wersje tej samej prawdy - i ani jednej, której można zaufać. Napięcie narasta z każdą stroną, bo im bliżej wyjaśnienia, tym mocniej obie historie się wykluczają. Powieść o tym, że pamięć nie jest zapisem, tylko negocjacją.

Powieść · język polski · pliki bez DRM
Pokój przetwarzania (Labirynt traum, tom 1) - Thriller psychologiczny · cykl Labirynt traum, Marek Porycki
Tył okładki → Pokój przetwarzania (Labirynt traum, tom 1) - tył okładki, Marek Porycki
Thriller psychologiczny · cykl Labirynt traum

Pokój przetwarzania (Labirynt traum, tom 1)

Z traumy nie wychodzi się prostą drogą. Każdy zakręt to wyparte wspomnienie, każde wyjście prowadzi głębiej. Psychologiczny labirynt, w którym bohater ściga prawdę o sobie - i boi się ją złapać, bo złapana prawda zawsze wystawia rachunek.

Powieść · język polski · pliki bez DRM
Korona (Siedem bram, tom 1) - Thriller psychologiczny · cykl Siedem bram, Marek Porycki
Tył okładki → Korona (Siedem bram, tom 1) - tył okładki, Marek Porycki
Thriller psychologiczny · cykl Siedem bram

Korona (Siedem bram, tom 1)

Siedem bram, za każdą inna prawda - i ta sama cena za jej poznanie. Początek cyklu prowadzącego coraz głębiej w ludzki umysł, gdzie żadne drzwi nie zamykają się tak, jak się otwierały. Kto przejdzie wszystkie, nie wróci tym samym człowiekiem.

Cykl powieściowy · język polski · pliki bez DRM
Przygody pogranicznika - Opowieści z zielonej granicy, Marek Porycki
Tył okładki → Przygody pogranicznika - tył okładki, Marek Porycki
Opowieści z zielonej granicy

Przygody pogranicznika

Zielona granica na wschodzie, gdzie mróz, wódka i rozkazy z góry ważą więcej niż zdrowy rozsądek. Młody pogranicznik uczy się, że prawdziwe zagrożenie nie czai się za rzeką, tylko w strukturze, która ma go chronić. Reportersko dosadne, chwilami czarno-śmieszne, chwilami mrożące krew opowieści o służbie, w której człowiek jest najtańszym sprzętem. Audiobook: 7 godzin 28 minut, czyta lektor syntetyczny dopracowany przez autora.

Powieść · język polski · pliki bez DRM
Posłuchaj próbki audiobooka (głos lektora):
Audiobook Przygody pogranicznika - okładka, Marek Porycki

Czyta lektor syntetyczny, dopracowany przez Marka Poryckiego: dobór głosu, tempo, interpretacja i korekta wymowy nazw własnych to praca autora, nie ustawienie domyślne. Każdy egzemplarz audiobooka jest imienny i oznaczony niesłyszalnym znacznikiem przypisanym do zamówienia.

Wydanie papierowe · przedsprzedaż · egzemplarze numerowane

Papier z numerem i podpisem + e-book od razu, 44,99 zł z wysyłką.

Druk rusza, gdy do 22 listopada 2026 zbierze się 50 zamówień (wysyłka najpóźniej 12 grudnia 2026). Jeśli się nie uda, zwracam 100% wpłaty, a e-book zostaje u Ciebie.

Zebrano 1 z 50 · do końca 17 dni · szczegóły zbiórki i cele

Przeczytaj fragment →

Babula mówiła, że kłamstwo boi się na świecie jednej jedynej rzeczy, i że nie jest nią prawda, bo z prawdą kłamstwo żyje w zgodzie od początku świata. Prawdę można przekrzyczeć, można ją wyśmiać, można jej kazać się wstydzić i pójść do kąta, i prawda często idzie, bo prawda jest żywa, a co żywe, to się da zawstydzić. Kłamstwo boi się ołówka.

Bo ołówek nie krzyczy, więc go nie przekrzyczysz. Nie podnosi oczu, więc mu ich nie spuścisz. Nie wstydzi się, bo nie ma czym. Zapisze cicho, po swojemu, co było, i położy się z tym w zeszycie, i leży, i czeka. A papier, mówiła babula, ma czas. Papier przeczeka każdego, kto się go boi.

U nas we wsi była jedna taka, ciotka Fiedosia, co na weselach siadała z boku i zapisywała sobie w zeszycik, kto ile młodym dał w kopercie. Nikt jej o to nie prosił, ona sama, dla porządku. I póki ten zeszycik leżał u niej w kufrze, była z niego pociecha, bo jak się kto potem spierał, kto ile dał, Fiedosia rozsądzała i było po sprawie. Ale kiedy raz na weselu u Doroszów wypadł jej ten zeszycik z fartucha i poszedł między gości, to się przez niego pół wsi z drugim pół wsi nie gadało do wiosny. Bo jedno to wiedzieć, że sąsiad skąpy, a drugie zobaczyć czarno na białym, że ten, co się stawiał za bogacza, dał tyle co dziad. Zapisane, mówiła babula, boli inaczej niż wiedziane.

Przygody pogranicznika. Tom 2: Znikająca granica - Opowieści z zielonej granicy · tom 2, Marek Porycki
Tył okładki → Przygody pogranicznika. Tom 2: Znikająca granica - tył okładki, Marek Porycki
Opowieści z zielonej granicy · tom 2

Przygody pogranicznika. Tom 2: Znikająca granica

W styczniu dwa tysiące drugiego przychodzi po Genia Bajkę papier. Papier wysyła go na północ, pod Szypliszki, na granicę, której nie widać: zaorany pas w śniegu, co zarasta i znika, gdy nie ma komu po nim chodzić. Wilki na wzgórzach, mróz, koń noszący towar bez jeźdźca i baba wioząca bańkę spirytusu w dziecięcym wózku. Genio pilnuje tej granicy okrągły rok, sam obcy wśród obcych, i uczy się, że granicy nie trzyma ani pas, ani papier, tylko ludzie, co przy niej mieszkają. Drugi tom przygód pogranicznika. Śmiech na wierzchu. Mróz pod spodem.

Powieść · język polski · wydanie papierowe w przedsprzedaży
Wydanie papierowe · przedsprzedaż · egzemplarze numerowane

Papier z numerem i podpisem, 44,99 zł z wysyłką.

Druk rusza, gdy do 22 listopada 2026 zbierze się 50 zamówień (wysyłka najpóźniej 12 grudnia 2026). Jeśli się nie uda, zwracam 100% wpłaty.

Zebrano 0 z 50 · do końca 17 dni · szczegóły zbiórki i cele

Przeczytaj fragment →

Babula mówiła, że kłamstwo boi się na świecie jednej jedynej rzeczy, i że nie jest nią prawda, bo z prawdą kłamstwo żyje w zgodzie od początku świata. Prawdę można przekrzyczeć, można ją wyśmiać, można jej kazać się wstydzić i pójść do kąta, i prawda często idzie, bo prawda jest żywa, a co żywe, to się da zawstydzić. Kłamstwo boi się ołówka.

Bo ołówek nie krzyczy, więc go nie przekrzyczysz. Nie podnosi oczu, więc mu ich nie spuścisz. Nie wstydzi się, bo nie ma czym. Zapisze cicho, po swojemu, co było, i położy się z tym w zeszycie, i leży, i czeka. A papier, mówiła babula, ma czas. Papier przeczeka każdego, kto się go boi.

U nas we wsi była jedna taka, ciotka Fiedosia, co na weselach siadała z boku i zapisywała sobie w zeszycik, kto ile młodym dał w kopercie. Nikt jej o to nie prosił, ona sama, dla porządku. I póki ten zeszycik leżał u niej w kufrze, była z niego pociecha, bo jak się kto potem spierał, kto ile dał, Fiedosia rozsądzała i było po sprawie. Ale kiedy raz na weselu u Doroszów wypadł jej ten zeszycik z fartucha i poszedł między gości, to się przez niego pół wsi z drugim pół wsi nie gadało do wiosny. Bo jedno to wiedzieć, że sąsiad skąpy, a drugie zobaczyć czarno na białym, że ten, co się stawiał za bogacza, dał tyle co dziad. Zapisane, mówiła babula, boli inaczej niż wiedziane.

Poza fikcją

Poradnik

Walka Sambo - Poradnik · sztuki walki, Marek Porycki
Poradnik · sztuki walki

Walka Sambo

Rosyjski system walki wręcz - od podstaw do mistrzostwa. Technika, taktyka i filozofia, spisane przez praktyka, który szkolił kadrę. Konkret zamiast legend: jak sambo działa naprawdę i jak się go uczyć.

Poradnik · język polski · wydanie papierowe, nakład limitowany

Nakład limitowany: 20 egz. · zostało 20 sztuk · z dedykacją autora na życzenie

MÓJ MÓZG - SYSTEM AI 2.0 - Poradnik zawodowy · AI, prawo, dane, Marek Porycki
Poradnik zawodowy · AI, prawo, dane

MÓJ MÓZG - SYSTEM AI 2.0

Wklejasz wyniki testu do ChatGPT, żeby przyspieszyć opis. Czy właśnie naruszyłeś RODO, wszedłeś w obszar wysokiego ryzyka z AI Act, czy po prostu skorzystałeś z narzędzia? Ta książka odpowiada w trzech słowach: Wolno, Nie wolno, Warunkowo. Operacyjny standard pracy z AI dla psychologów, diagnostów, biegłych sądowych i mediatorów: dla wszystkich, którzy pracują na cudzych danych i podpisują wynik własnym nazwiskiem. Wydanie 2.0, 15 rozdziałów, stan prawny na sierpień 2026: AI Act po pakiecie Digital Omnibus, polska ustawa o systemach AI, RODO w gabinecie, analiza testów bez zmyślonych norm, ochrona danych w ChatGPT, Claude i Gemini, modele lokalne Bielik i PLLuM, cyberbezpieczeństwo. Plus gotowce do skopiowania: instrukcja startowa dla modelu, rejestr użycia AI, klauzula przejrzystości dla klienta.

Poradnik · język polski · pliki bez DRM · ISBN 978-83-68971-00-2
Od autora

Dlaczego te książki ukazują się teraz

Wiele z tych historii powstawało latami. Zaczynały się jako notatki z gabinetu psychologa, z sal sądowych i z pracy biegłego: obserwacje mechanizmów, które trzymają ludzi w pułapce własnej pamięci. Spisane zostały w ostatnich latach, kiedy zebrany materiał zaczął układać się w powieści. Audiobooki nagrywam teraz, bo dopiero dzisiejsza technologia produkcji dźwięku pozwala autorowi wydać nagranie studyjnej jakości niezależnie, bez wielkiego wydawcy - i oddać je czytelnikowi bezpośrednio: bez DRM, bez abonamentu, na własność.

Pytania i odpowiedzi

Zakup, formaty, dostęp

Jak kupić audiobook Marka Poryckiego bez abonamentu?

Audiobooki Marka Poryckiego kupuje się bezpośrednio na marekporycki.pl, bez abonamentu i bez zakładania konta. Płatność BLIK, kartą lub Przelewy24, a zaraz po zapłacie przychodzi e-mail z linkiem do osobistej biblioteki: pliki MP3 do pobrania oraz odtwarzacz online. Zakup jest na własność, bezterminowo.

Czy e-booki i audiobooki mają zabezpieczenie DRM?

Nie. Wszystkie pliki kupione na marekporycki.pl (EPUB, PDF, MP3) są bez DRM. E-booki działają na Kindle, PocketBook, inkBOOK, tablecie i telefonie, a audiobooki w dowolnej aplikacji odtwarzającej MP3. Nic nie znika po wygaśnięciu subskrypcji, bo subskrypcji nie ma.

Jak słuchać audiobooka po zakupie?

Po zakupie audiobook jest dostępny na dwa sposoby: w odtwarzaczu w przeglądarce (zapamiętuje pozycję odsłuchu między urządzeniami, ma regulację prędkości do 2x, timer drzemki i przeskoki 15 sekund) albo jako pliki MP3 z podziałem na rozdziały do pobrania w paczce ZIP.

Co zawiera pakiet e-book + audiobook?

Pakiet to oba formaty tej samej książki w jednej cenie, wyraźnie niższej niż suma osobnych zakupów: EPUB i PDF do czytania oraz MP3 do słuchania. Wszystkie pliki trafiają do tej samej biblioteki online.

Zgubiłem link do zakupionych plików. Jak je odzyskać?

Dostęp do zakupów odzyskuje się na stronie marekporycki.pl/sklep/biblioteka.php: wystarczy podać e-mail użyty przy zakupie, a link do biblioteki przychodzi ponownie. Dostęp jest bezterminowy, a pliki można pobierać wielokrotnie.

Od której książki zacząć czytanie Marka Poryckiego?

Thrillery Marka Poryckiego (Za ciszą, Kiedy śpisz nie jesteś sobą, Tarcie, Labirynt traum) to samodzielne historie, które można czytać w dowolnej kolejności. Wyjątkiem jest cykl Siedem tomów, siedem bram, który najlepiej zaczynać od tomu pierwszego.

Dlaczego książki Marka Poryckiego ukazują się w krótkim czasie?

Te historie powstawały latami, z notatek i obserwacji psychologa, biegłego sądowego i mediatora, ale zostały spisane w ostatnich latach, gdy zebrany materiał zaczął układać się w powieści. Wydawane są teraz, bo autor publikuje niezależnie na marekporycki.pl, a obecna technologia produkcji dźwięku pozwala nagrywać audiobooki w studyjnej jakości bez dużego wydawcy.

Czy mogę przeczytać fragment książki przed zakupem?

Tak. Przy tytułach w katalogu na marekporycki.pl dostępny jest bezpłatny fragment do przeczytania bezpośrednio na stronie - bez rejestracji i bez podawania e-maila. Wystarczy kliknąć „Przeczytaj fragment" przy wybranej książce.

Czy mogę odsłuchać próbkę audiobooka przed zakupem?

Tak. Przy audiobookach w katalogu jest kilkuminutowa próbka do odsłuchania bezpośrednio w przeglądarce, bez rejestracji. Można ocenić głos i interpretację lektora przed decyzją o zakupie.

Fragment nowej powieści - pierwszy do skrzynki

Zostaw e-mail. Dostajesz fragment przed premierą i informację, gdy wychodzi nowy tytuł. Bez spamu.

Kupujesz bezpośrednio u autora: płatność BLIK, kartą lub Przelewy24 (Stripe), pliki od razu po zapłacie, bez DRM, na zawsze. Audiobooki odsłuchasz w przeglądarce (odtwarzacz pamięta, gdzie skończysz) albo pobierzesz jako MP3. Dostęp do zakupów: Moja biblioteka.